O autorze
Publicysta, wieloletni redaktor naczelny, ostatnio prowadzi też biznes rodzinny.

Sokołowski i Republika Policyjna

Czy polska policja uprawia „polowanie na obywateli”, „tresuje ich” i zachowuje się jak „armia okupacyjna”, gdy kropi mandaty pieszym za ignorowanie czerwonych świateł na całkowicie bezpiecznych, pustych ulicach? Czy też „swoją służbą na co dzień” po prostu dba „o bezpieczeństwo na drogach”?

Zasady świętości czerwonych świateł dla każdego, w każdej sytuacji bez wyjątku, broni inspektor dr Mariusz Sokołowski, rzecznik komendanta głównego policji i sympatyczny skądinąd glina. W przeciwnym narożniku niżej Wasz sługa, który szarga tę świętość okazjonalnie, nogami. Ostatnio podniósł na nią też świętokradczą rękę, na łamach „Przekroju”, gdzie opublikował protest przeciwko mechanicznemu, bezsensownemu represjonowaniu pieszych na ulicach polskich miast. (Niestety, akces jest płatny; stamtąd pochodzą przytoczone na początku określenia). Mój akt apostazji chyba poruszył wierchuszkę policji, bo rzecznik Sokołowski daje mi pryncypialny odpór w długim, chwilami emocjonalnym liście do redakcji. Dziękuję, Panie inspektorze.



Kliknij by przeczytać w większej rozdzielczości

Nasz spór, chcę na początek mojego imiennika zapewnić, nie jest wcale duperelny. Odbija się w nim, jak w kropelce wody, jeden z przykrych defektów polskiej cywilizacji. Dominujący w służbach siłowych sposób myślenia o praworządności, o zasadach egzekwowania reguł zbiorowego współżycia i stosowania sankcji wobec obywateli, dla Pana, inspektorze, jak widzę naturalny jak oddychanie. Dla mnie, niestety, to relikt, osad niedawno tu funkcjonującego państwa autorytarnego. Dla malkontentów – zapewniam, że jest nas sporo – to symptom niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego i jeden z istotniejszych powodów, dla których odczuwalna jakość życia w Polsce podnosi się wolniej niż sugerowałyby wskaźniki rozwoju materialnego.

Po pierwszym przeczytaniu Pana listu, inspektorze, zastanawiałem się, przyznaję, czy Pan faktycznie wierzy w to, co napisał. Ten dylemat często miewam w polskim życiu publicznym; tyle osób sadzi się tu na pryncypialnych moralistów, nieskalanych patriotów i obrońców takich czy innych nieżyciowych, czasem nieludzkich dogmatów – że łatwo wdać się w nikomu niepotrzebny spór.

Jednak nie; wierzę Panu. Przekonał mnie Pan mimowolnie, jednym ze swoich argumentów przeciw liberalizacji. Czytamy: „Co do sytuacji w innych krajach np. Anglii, Francji, Niemczech, to w żadnym z nich nie panuje dowolność w kolorze światła uprawniającego pieszego do przejścia przez jezdnię. Ciekaw jestem, czy obywatel jakiegokolwiek kraju zdecydowałby się popełnić takie wykroczenie w sytuacji, gdyby obok stał policjant”.

Odpowiadam, Panie inspektorze: tak, robią każdego dnia. Mieszkaniec Paryża, Berlina, Hamburga, Detroit czy Nowego Jorku – podaję tylko przykłady miast, gdzie mieszkałem i zasady ruchu znam z pierwszej ręki – bez wahania przechodzi przez jezdnię gdy sytuacja na to pozwala, bez względu na kolor światła. Nie przeszkadza jemu lub jej, jeśli policjant patrzy. Nie chce Pana dobijać, inspektorze, ale zdarza się nagminnie, że policjant sam ZACHĘCA pieszych do przechodzenia, gdy nic nie jedzie. Jeśli Pan nie wierzy, proszę wybrać się choćby za miedzę i dobrze przyjrzeć.

Oczywiście, nikt nie ignoruje świateł w godzinach szczytu na głównych arteriach. Jeśli pieszy spowoduje faktyczne zakłócenie lub zagrożenie w ruchu, może zostać ukarany. Im większe zamieszanie spowoduje, tym srożej. Nikt nie jest zwolniony z myślenia i odpowiedzialności. I ma Pan inspektor rację że lokalne kodeksy drogowe raczej nie wprowadzają dowolności dla pieszych co do koloru świateł. Jednak praktyka egzekwowania zasad bezpieczeństwa ruchu, kołowego i szczególnie pieszego, jest na Zachodzie bardzo różna niż u nas. W dojrzałej demokracji system zostawia policji spory margines na elastyczność, praktyczny rozsądek i umiar. I policja z niego korzysta, z pożytkiem dla swojego wizerunku i dla państwa, które reprezentuje.

Karanie obywatela jest absolutną ostatecznością, a nie jak często u nas, triumfalnym odruchem gliniarza, że oto trafił się formalny pretekst by kogoś trzepnąć. Jest w kodeksie napisane że to wykrocznie? Jest! Mamy cię! To takie radzieckie z ducha, nie sądzi Pan?

W systemach innych niż post-radzieckie, które lepiej służą ludziom i które warto naśladować, są też inne ważne różnice. Odpowiedzialność kierowcy jest np. znacznie wyższa niż pieszego. Proszę zobaczyć np. w Niemczech: ograniczenia prędkości są drastyczne (na terenach osiedli nawet do 20 km/godz.) i faktycznie egzekwowane. Jeśli pieszy, jakie by nie było światło, wkroczy czy nawet wtargnie na jezdnię, kierowca STAJE. I stoi, aż pieszy jezdnię opuści. Nie: zbliży się do krawężnika; kierowca czeka aż pieszy całkowicie z niej zejdzie. Ta zasada naprawdę ratuje ludziom życie, a nie powoływanie się na „pierwszeństwo” pojazdu… (U nas zasada, że auta stają gdy ludzie wkraczają na jezdnię obowiązuje tylko w miejscach, gdy tramwaj ma przystanek między pasami ruchu. )

Pisze Pan z aprobatą, że „gdy pieszy ma czerwone światło (….) jadący samochód korzysta ze światła zielonego. Jego kierowca jest wtedy przekonany, że ma pierwszeństwo i na ogół jedzie z dużą prędkością”… Stąd, argumentuje Pan, tyle wiele ofiar wśród pieszych, którzy „swoim zachowaniem spowodowali wypadek”. Cytuje Pan policyjne statystyki: w 2012 roku piesi spowodowali „10,1 proc. zdarzeń z ofiarami w ludziach.” Zapewne część tych pieszych faktycznie zachowała się nieodpowiedzialnie. Wiemy jak bywa: ktoś jedzie rowerem na bani, ktoś pędzi bez rozglądania się na skos przez jezdnię do autobusu… Ale czy piesi „powodują” w Polsce aż co dziesiąty wypadek, czy tylko policja tak klasyfikuje te incydenty – pozostaje dla mnie kwestią otwartą.

Dlaczego właściwie kierowca musi np. jechać „z dużą prędkością” przez skrzyżowanie z pasami, Panie rzeczniku? Proszę mi wyjaśnić to uporczywe przywiązanie policji do zasady symetrii odpowiedzialności – taka sama dla fizycznie bezbronnego pieszego i dla kierowcy, który porusza się metalowym pojazdem o wadze do kilku ton. Przecież w wypadku kolizji to pojazd, a nie pieszy, powoduje śmierć i kalectwo…

Powtarza Pan też inny fałszywy argument oparty na zasadzie symetrii: jeśli piesi mieliby bezkarnie, w pewnych określonych sytuacjach, na pustych ulicach ignorować światła, to jak odmówić podobnego przywileju kierowcom? Ten argument pada też często na forach internetowych. Moja odpowiedź jest banalnie prosta: to niczym nie uprawniona ekstrapolacja. Nie ma żadnego „jak wszyscy to wszyscy”. Na kierowcach spoczywa większa odpowiedzialność, reguły dotyczące prowadzenia aut musza być bardziej restrykcyjne niż reguły dotyczące spacerowania po mieście.

Pana główny argument jednak, Panie rzeczniku, wydaje się być jeszcze inny. I on budzi moje najgrubsze wątpliwości. Łupanie mandatów ma służyć celom… wychowawczym. Pisze Pan dużo i smacznie o potrzebie „zmiany mentalności użytkowników dróg” w naszym kraju – na taką, która (…) „nie każe gnać na złamanie karku, mentalność popierającą rozwagę, nie zaś cwaniactwo drogowe”. Oraz, arcysłusznie, że „wypadki drogowe to nie tylko skutek (…) brawury na drodze, nietrzeźwości za kierownicą, ale także błędnych decyzji pieszych i braku z ich strony poszanowania prawa”.

Święte słowa. Nasza mentalność jest częścią problemu, zmienia się zbyt wolno. Pytanie jednak, w jaki sposób mamy dojść do lepszego stanu rzeczy? Czy policja, i takie formacje jak straż miejska, przyspieszają proces edukacyjny gdy działają jak armia okupacyjna, która terroryzuje niesforną ludność wymierzając mandaty na prawo i lewo, pod byle formalnym pretekstem – byle nabić statystyki i kasę państwa? Czy tępe egzekwowanie litery prawa, bez oglądania się na okoliczności, i łupienie mandatów za przechodzenie przez jezdnię „na czerwonym” albo pięć metrów od pasów – czyni z ludzi lepszych, myślących obywateli?

A może jednak jest tak, że do wychowywania innych potrzebna jest integralność, inteligencja i mądry umiar po stronie tych, którzy chcą być agentami społecznej zmiany? Zdaję sobie sprawę, Panie rzeczniku, że system, w którym policjant czy strażnik miejski posługuje się rozumem, empatią i zwykłą ludzką przyzwoitością a nie tylko kodeksem, w którym odstępuje się od karania za znikome, bądź całkowicie nieszkodliwe wykroczenia, jest trudny. Dużo trudniejszy niż system obecny. Ale czasy nastały bardziej wymagające – również dla policji.

Na koniec, czy to nie jest smutne, mój imienniku, że muszę Panu to wszystko tłumaczyć? Przecież praktyka odstępowania od ścigania nie jest polskiej policji zupełnie nieznana. Wręcz przeciwnie, co wie każdy kto zgłaszał kradzież w piwnicy czy utratę roweru. A teraz, na przykład, lobujecie żeby kradzieże w sklepach nie były ścigane gdy strata nie przekracza tysiąca złotych (kogo obchodzi kasa sklepikarzy, prawda?). Więc czemu nie rozciągnąć tej policyjnej dobrotliwości również na rzeszowskie licealistki, albo na element taki jak ja, który w niedzielny ranek przekracza puściusieńką ulicę Stawki na warszawskim Muranowie czerwonym?
Trwa ładowanie komentarzy...