Włatcy szpiegów

Dziennikarz Grzegorz Chlasta, obecnie w radiu RDC, wydał tom o takich co wydają - szpiegach i tajniakach. „Czterech” to fantastycznie ciekawa i dająca do myślenia relacja o zmianie warty w polskich służbach specjalnych jaka zaszła na początku lat 1990. Polecam tym wszystkim, co toczą ćmoje-boje o służby we wszystkich mediach, i zdrowej większości, którą ci pierwsi denerwują

Zanim wyjaśnię dlaczego książka wydaje mi się aż tak godna uwagi, lojalnie informuję o moim konflikcie interesu w roli recenzenta. Jestem jednym z komentatorów których red. Chlasta regularnie zaprasza do RDC, w wielu sprawach pijemy sobie z dzióbków. Sami ocenicie, na ile wiarygodne są moje zachwyty.

W pigułce: książka Chlasty to zredagowane zapisy z serii rozmów, prowadzonych na przestrzeni około półtora roku, z czterema osobami: Wojciechem Brochwiczem, Bartłomiejem Sienkiewiczem, Piotrem Niemczykiem i, nieżyjącym już, Konstantym Miodowiczem. Byli oni jądrem ekipy młodych solidarnościowców, byłych działaczy opozycji, którzy po sensacyjnym objęciu przez Krzysztofa Kozłowskiego stanowiska szefa MSW oraz dokooptowaniu Andrzeja Milczanowskiego jako jednego z jego zastępców, weszli do jaskini komunistycznych służb, żeby zmieniać „resort” od środka.

Dziś sami są doświadczonymi weteranami (Sienkiewicz też ministrem spraw wewnętrznych) i, jak twierdzi Grzegorz, państwowcami wybitnie nieskorymi do chlapania ozorem. Rozmowy z nimi były trudne również z powodu specyficznego języka-kodu, jakim ludzie służb się posługują. Nie ułatwiały zadania liczne obszary tabu, objęte klauzulami tajności (według tego recenzenta, groteskowo w Polsce nadużywanymi). Jednak dociekliwemu autorowi udało się upichcić z tych rozmów tom w miarę spójny, klarowny, który naprawdę coś wnosi do publicznej wiedzy.

Chlasta jest rozmówcą dociekliwym, wolnym od ideologicznego zacietrzewienia a przede wszystkim – ciekawym. To rasowy dziennikarz, który pracuje po to, żeby cos ustalić a nie – upubliczniać osobiste przekonania czy fobie. Jego bohaterowie, mozolnie namówieni do współpracy, też się starają by na koniec coś sensownego z tego wynikło.

Ta książka nie obiecuje że ujawni nam wstrząsające sekrety służb, tych dawnych i tych nowych. Jednak to co mówi – mówi. Są w tym rzeczy naprawdę dobre i ważne – tu i teraz, dziś.

Co ważne, dzieło Chlasty też „się czyta”. Nie tylko dlatego, że opisuje na czym konkretnie polegały działania solidarnościowego desantu przy Rakowieckiej w pierwszych tygodniach rządu Mazowieckiego, gdy Kiszczak kończył już cichą operację palenia akt bezpieki, i nie tylko dlatego, że oferuje liczne smaczki – jak cwane, często wręcz humorystyczne zabiegi byłych esbeków by ustawić się jakoś w nowej rzeczywistości, czy wisceralną wręcz niechęć Sienkiewicza do filmu „Psy”. Kolega Chlasta pokazuje też, jakimi motywami kierowali się młodzi reformatorzy (jeden z eks-opozycjonistów przyznaje wprost, że poszedł tam się „mścić”), czego się obawiali i jakie zadania dawał im ich małomówny, pozornie wycofany szef Kozłowski. Z kart tej książki wyłania się pasjonująca galeria ludzkich charakterów.

Rozmówcy Chlasty udzielają interesujących wyjaśnień w kilku kwestiach o dużym ciężarze gatunkowym, które do dziś dzielą polską opinię. Np. czy „opcja zero”, czyli budowa służb absolutnie od nowa miałaby sens (w ich zgodnej opinii, nie) i czy Milczanowski „skrzywdził” premiera Oleksego, gdy publicznie zarzucił mu agenturalność. Bohaterowie oferują w tej ostatniej sprawie ciekawe i niuansowanie analizy. (Sienkiewicz: możliwe są tu trzy różne hipotezy, gdzie „wszystkie fakty się układają, żaden nie pozostaje na zewnątrz” ale dwie z nich „mają przeciwne wektory”). Jednak wszyscy zgodnie wskazują na fakt że Sąd Najwyższy podtrzymał ocenę sądów niższych instancji iż ich zwierzchnik miał dobre powody by zrobić, co zrobił, i kasację Oleksego przeciwko Milczanowskiemu ostatecznie oddalił.

Jednak najcenniejszy chyba w tej książce jest jej ton: rzeczowy, skupiony na faktach, odczarowujący „służby” z chorej mistyki jaką obrosły jeszcze w czasach komuny. Do dziś wielu – nie tylko Antoni Macierewicz – nie potrafi się z owego fatalnego zauroczenia uwolnić. Mamy tendencję do przeceniania ważności służb i ich możliwości, jesteśmy wobec nich bezkrytyczni.

Większość dawnych opozycjonistów w Sejmie i w kolejnych rządach, ludzi którzy przecież poznali jawną, tajną i dwupłciowa przemoc na własnej skórze, współcześnie toleruje niczym nie uzasadniony rozrost tych organizacji cieni, klepie ich pęczniejące w miliardy budżety i chętnie rozszerza ich uprawnienia kosztem swobód obywatelskich, bez istotnych po temu przesłanek. W rezultacie, Polacy są dziś najbardziej inwigilowanym społeczeństwem w Unii Europejskiej – a korzyści z tego stanu rzeczy pozostają wysoce niejasne.

Skandaliczny brak reakcji większości polskich polityków i mediów na wiadomość że CIA torturowała ludzi na naszym terenie, to kolejna ilustracja kulturowego problemu. Sejmowy nadzór nad tajnymi służbami okazał się ponownie bolesną fikcją, skarbnik wywiadu ukradł część dolarów jakie Amerykanie przywieźli naszym Bondom za udostępnienie budynku na katownię – i co? I nic. Z nielicznymi chlubnymi wyjątkami, polscy dziennikarze przyjęli postawę „patriotyczną”: zamiast domagać się wielkim głosem wyjaśnienia sprawy i głów winnych, gremialnie pomagają politykom ją tuszować.

Sami podsuwają im wymówki i psioczą na Amerykanów, że nas tak haniebnie wsypali. Pulitzerów za to, obawiam się, nie będzie. Nawet tych polskich, od miesięcznika „Press”
Wiele faktów, które wyszły na jaw w ostatnich latach wydaje się przeczyć zapewnieniom na okładce książki Chlasty (notki autorstwa Paradowskiej z „Polityki” i byłego szpiega V. Severskiego), że naszym bohaterom udało się przekształcić 25-tysięczny aparat represji w śliczne, głęboko demokratyczne służby, które dziś zaliczają się do „najlepszych na świecie”. Aż tak ładnie to chyba nie mamy. Ale z wywiadów wynika też, że mogło być znacznie, znacznie gorzej.

Grzegorz Chlasta wyznaczył standard pisania o służbach, który inni krajowi autorzy powinni wziąć do serca. Bo tylko myśląc o służbach krytycznie i rzeczowo, w sposób dorosły, demokratyczne społeczeństwo może je w miarę kontrolować. Gdy jest inaczej, ludzie tajnych służb zawsze znajdą preteksty by zrywać się ze smyczy.

Trwa ładowanie komentarzy...